Fragmenty książki:
Z perspektywy psychologicznej marzenia pełnią zatem kilka kluczowych funkcji. Po pierwsze – integrują doświadczenie. Łączą przeszłość z przyszłością, dzięki czemu pozwalają zobaczyć własne życie jako ciągłość, a nie zbiór przypadkowych zdarzeń. Po drugie – regulują motywację. Nie przez presję czy ambicję, lecz przez odnajdywanie sensu: „dlaczego w ogóle mam się starać”. Po trzecie – chronią tożsamość. Pomagają zachować poczucie „Ja” nawet wtedy, gdy role społeczne się zmieniają: gdy dzieci dorastają, praca się kończy, ciało przestaje być bezproblemowe. Dlatego marzenia nie znikają wraz z wiekiem. Znika jedynie przyzwolenie, by o nich mówić. (….).
Dwugłos: Jolanta Kwaśniewska
Głębokie i wspierające relacje z ludźmi zawsze były dla mnie jednym z najważniejszych pragnień i potrzebą tak oczywistą, że trudno mi wskazać moment, w którym się pojawiła. Nie pamiętam czasu, gdy była mniejsza albo większa. Towarzyszyła mi po prostu zawsze. Chyba nigdy też nie szukałam wielkiej liczby znajomości ani poklasku. Zawsze bardziej zależało mi na relacjach prawdziwych, głębokich, takich, w których naprawdę można na sobie polegać.
Dziś, po ponad siedemdziesięciu latach życia, które z czystym sumieniem mogę nazwać spełnionym, widzę to jeszcze wyraźniej. Los pozwolił mi spotkać ludzi niezwykłych i znaleźć się w miejscach, o których jako dziecko nawet nie śniłam. Były podróże, zaszczyty, wydarzenia, które mogłyby wypełnić niejedną książkę. A jednak, kiedy patrzę wstecz, najżywiej wracają do mnie nie miejsca ani funkcje, lecz twarze ludzi, rozmowy, wspólne chwile. W pamięci zostały przede wszystkim relacje – ich jakość, trwałość i głębia. To one nadały sens wszystkiemu innemu.
Zawsze oczywiście marzyłam o poznawaniu świata, ale sobie nie wyobrażałam, że mogłabym doświadczać go samotnie. Świat bez drugiego człowieka obok wydawał mi się niepełny. Chciałam dzielić zachwyt, zdziwienie, czasem zmęczenie podróżą. Wspólne doświadczenie przestaje być tylko zdarzeniem, a staje się częścią wspólnej historii. I to właśnie ta wspólna historia buduje więź. Dlatego relacje nie są dla mnie dodatkiem do życia. One są jego przestrzenią. Bez nich nawet najpiękniejsza podróż czy największe osiągnięcie pozostaje czymś nie do końca domkniętym.
Z Olkiem od lat patrzymy w podobnym kierunku. Łączą nas marzenia, sposób myślenia, a wokół nas są ludzie, którzy czują podobnie. To bardzo zbliża, bo kiedy można razem planować, razem się cieszyć i razem coś przeżywać, rodzi się więź oparta nie na przypadku, lecz na świadomym wyborze. Przy takich osobach nie trzeba się tłumaczyć ani udawać. Jest naturalność, poczucie oparcia i spokój, który daje świadomość, że fundament jest wspólny.
Dwugłos: Jakub B. Bączek
Moje marzenia zawsze zmieniały skalę razem ze mną. Kiedy byłem młodszy, chciałem pojechać do Tunezji. To wydawało się czymś ogromnym, niemal egzotycznym w sensie dosłownym i symbolicznym. Później pojawiły się Stany Zjednoczone, Chiny. Dziś myślę o Mongolii, o Timorze Wschodnim. Horyzont się przesuwa. To, co kiedyś było wielkim celem, po czasie staje się normalnością. Pamiętam czas, kiedy napisanie felietonu do „Forbesa” było dla mnie marzeniem z kategorii „za wysokie progi”. Nie miałem nawet odwagi, by głośno o nim mówić. Dziś piszę tam regularnie i złapałem się jakiś czas temu na czymś niepokojącym - przestałem to traktować jak spełnienie. Mój mózg bardzo szybko przyzwyczaja się do rzeczy, które kiedyś wydawały się nierealne. I natychmiast podsuwa kolejne cele. Jeszcze wyżej. Jeszcze więcej. Jeszcze szybciej.
To nie zawsze jest zdrowe.
Miałem okres klasycznego pracoholizmu. Byłem przekonany, że im więcej pracuję, tym lepiej funkcjonuje firma i że jeśli ja odpuszczę, wszystko zacznie się walić. W praktyce oznaczało to pracę ponad siły, ignorowanie sygnałów z ciała i odkładanie odpoczynku na później. Mówiłem sobie, że to tylko etap. Że jeszcze trochę. Dziś wiem, że to był mechanizm, który miał mi dać poczucie kontroli.
Dorastanie w domu z problemem alkoholowym zostawia w człowieku specyficzny rodzaj napięcia. Nie nazwałem tego od razu, długo nie chciałem. Ale z czasem zrozumiałem, że perfekcjonizm nie wziął się u mnie z ambicji, ale z potrzeby bezpieczeństwa. Jeśli wszystko zrobię najlepiej, jeśli będę niezawodny, jeśli dowiozę – świat będzie bardziej przewidywalny. Chaos przestanie być zagrożeniem.
Ten mechanizm naprawdę działa. Dzięki niemu można osiągnąć bardzo wiele – budować wielkie projekty, rozwijać biznes i realizować kolejne cele. Problem zaczyna się wtedy, gdy całe życie staje się jednym wielkim „dowiezieniem”. Gdy marzenie przestaje być czymś, co mnie pociąga, a staje się zadaniem do wykonania. (…)
Długo myślałem, że marzenie musi być wielkie, aby miało sens. Dziś wiem, że to błąd. Im większe marzenie, tym łatwiej się nim przytłoczyć. Jeśli ktoś mówi: „Chcę zdobyć Nagrodę Nobla” – sam ciężar tego celu może sparaliżować. Wtedy mózg zaczyna szukać powodów, żeby nie zaczynać. Chroni przed możliwym zawodem.
Dlatego nauczyłem się czegoś prostszego. Pierwszy krok nie musi być planem na całe życie. To jest decyzja. Piętnaście minut przebieżki. Zapisanie pomysłu na kartce. Wyłączenie Wi-Fi i spisanie tego, co chodzi po głowie. Mały ruch, który przełamuje bezruch.
Dziś marzenie nie jest już dla mnie dowodem wartości. Nie jest też sposobem na udowodnienie, że jestem wystarczający, a raczej sprawdzianem uczciwości wobec siebie. Czy to jest naprawdę moje? Czy robię to dlatego, że chcę, czy dlatego, że boję się przestać dowozić?
To rozróżnienie zmienia wszystko.

Napisz komentarz
Komentarze