Dla ludzi z Warszawy odwołany lot to kwestia przebukowania biletu na za godzinę. Na Pomorzu Zachodnim to paraliż życiowy. Jesteśmy komunikacyjnymi zakładnikami. Wykluczenie transportowe to przecież nie jest problem spóźnienia na biznesową kolację. To zamknięte drzwi do lepszej pracy dla mieszkańców mniejszych miejscowości powiatu gryfickiego. To mur, o który rozbija się młodzież z Gryfic czy Łobza, która nie ma jak dojechać do dobrych szkół średnich czy na uczelnie. To wreszcie gospodarczy wyrok śmierci na małe gminy, omijane przez inwestorów szerokim łukiem, bo nikt nie założy fabryki tam, gdzie nie da się dojechać.
Parlamentarzysta z Gryfic od dawna próbował walczyć z tym tradycyjnymi metodami, jednak urzędnicza machina pozostawała głucha. Sam poseł stawia sprawę jasno i bez ogródek:
- Przeszedłem każdy szczebel lokalnej polityki – byłem radnym w Rewalu, radnym powiatowym w Gryficach, zasiadałem w sejmiku wojewódzkim, a dziś jestem w Sejmie. Znam te drogi i te problemy na pamięć. Od lat alarmuję, że komunikacja Gryfic, Łobza, Chojny czy Świnoujścia z resztą kraju to żart. Składałem interpelację za interpelacją, domagając się rozbudowy siatki połączeń kolejowych i lotniczych. Urzędnicy w Warszawie odpisywali mi pustymi formułkami.
> Dlatego, kiedy LOT odwołał jeden z zaledwie trzech lotów ze Szczecina do stolicy, nie zamierzałem milczeć. Wykorzystałem to z pełną premedytacją. Chciałem wywołać wstrząs, żeby tam, na Wiejskiej, zrozumieli, w jakich realiach żyjemy. Mamy ułamek tego, co dostaje Gdańsk, Kraków czy Wrocław. To jawna dyskryminacja Pomorza Zachodniego. Jestem stąd i moim psim obowiązkiem jest walczyć o ten region, nawet jeśli wymaga to włożenia kija w mrowisko - mówi znany w regionie poseł Artur Łącki..
Zmarnowany potencjał lotniska w Goleniowa
Dzisiejsze złośliwości i kpiny ze strony polityków Prawa i Sprawiedliwości to festiwal czystej hipokryzji. Przez osiem lat swoich rządów ekipa z Nowogrodzkiej konsekwentnie zwijała transport publiczny w naszym regionie. To za ich czasów Szczecin stał się jedynym wielkim miastem wojewódzkim odciętym od sieci Pendolino – kuriozalny fakt, że luksusowy pociąg omijał stolicę województwa i jechał do Kołobrzegu, jakoś nie przeszkadzał ówczesnym ministrom.
Jaskrawym dowodem na bierność poprzedniej władzy jest całkowite zmarnowanie potencjału lotniska w Goleniowie. Spójrzmy na fakty: sąsiedni Gdańsk od lat rozwija się w imponującym tempie, oferując mieszkańcom i biznesowi bogatą siatkę regularnych połączeń krajowych – tam bez problemu można wsiąść w samolot do Krakowa, Wrocławia czy Lublina. Gdańsk stał się pełnoprawnym, świetnie skomunikowanym hubem.
W tym samym czasie nasz regionalny port w Goleniowie został celowo sprowadzony do roli ubogiego krewnego, którego jedyną funkcją jest obsługiwanie głodowego, trzyczęściowego „wahadła” do Warszawy. Poprzedni rząd centralizował wszystko, marząc o megalomańskich projektach typu CPK, a codzienna łączność Pomorza Zachodniego z resztą Polski leżała odłogiem. Przedsiębiorca z Gdańska może rano polecieć na spotkanie biznesowe na południe kraju i wrócić wieczorem. Inwestor chcący rozwinąć biznes w powiecie gryfickim musi poświęcić na to samo dwa dni w pociągu, albo modlić się, by jeden z nielicznych lotów do Warszawy nie został odwołany. Ta dysproporcja uderza prosto w naszą gospodarkę i turystykę, skazując region na komunikacyjną izolację.
Mało tego – rzekoma walka PiS-u z wykluczeniem wykrwawiła polski przemysł. Program PKS+ okazał się fikcją, bo państwo kompletnie zapomniało o zleceniach dla krajowych zakładów. Poprzednia władza nie potrafiła zabezpieczyć zamówień dla kontrolowanej przez rząd spółki ARP E-Vehicles z Bydgoszczy ani dla zasłużonej fabryki autobusów w Sanoku. Zamiast kupować nowoczesne, polskie pojazdy dla odciętych od świata gmin i nakręcać rodzimą produkcję, PiS wolał produkować propagandowe plakaty, zostawiając polskie fabryki samym sobie.
Dworzec kolejowy Szczecin Dąbie nie może być pułapką dla pasażerów
Medialna burza rozkręcona przez Łąckiego uderzyła w idealnym momencie. W Sejmie właśnie przeszła kluczowa ustawa Ministerstwa Infrastruktury, nad którą mocno pracowali Dariusz Klimczak i Stanisław Bukowiec. To ma być rewolucyjny krok: sztywne standardy połączeń (minimum 4 pary kursów dziennie łączące gminy z powiatami), transport na żądanie w małych miejscowościach i marszałkowie jako twardzi koordynatorzy rozkładów. Co ważne – koniec z gratami na drogach, dopłaty dostaną tylko ci przewoźnicy, którzy zainwestują w bezpieczny i nowoczesny tabor.
Dla powiatu gryfickiego to sygnał do natychmiastowego działania na kolei. Skoro chcemy skracać dystans dzielący nas od reszty kraju, część składów dalekobieżnych powinna zostać skierowana bezpośrednio trasą przez Gryfice i Goleniów, otwierając nas na świat.
Przede wszystkim jednak musimy wreszcie zlikwidować logistyczny absurd na stacji Szczecin Dąbie. To tam, w kluczowym węźle przesiadkowym regionu, pasażerowie z Gryfic, Trzebiatowa czy Płotów regularnie wpadają w rozkładową pułapkę. Pociągi regionalne i Intercity koncertowo się mijają, a ludzie skazani są na wielogodzinne, bezsensowne wyczekiwanie na peronach na jakiekolwiek połączenie w głąb Polski. Skoordynowanie tego węzła, by przesiadka trwała kilkanaście minut, a nie pół dnia, to dla naszego regionu absolutny priorytet.
Happening posła Łąckiego, choć kontrowersyjny, obnażył prostą prawdę: transport publiczny musi działać jak szwajcarski zegarek dla każdego – dla ucznia jadącego do szkoły w Gryficach, turysty zmierzającego nad morze i posła jadącego na głosowanie. Warszawa dostała głośny, zachodniopomorski alarm. Pytanie, czy tym razem urzędnicy wyciągną wnioski, zanim nasz region bezpowrotnie straci kolejne szanse na rozwój.

Napisz komentarz
Komentarze